- historie miejskie, starej kamienicy oswajanie, śródmiejskim chłopakiem się stawanie, i co tam jeszcze nam ślina na język przyniesie a palce klepiąc w klawisze przekażą.
Kategorie: Wszystkie | kamienica
RSS
niedziela, 18 marca 2012

Kamienica, dom legły w gruzach...

nie ma. nie ma nic.

01:03, srodmiejskiechlopaki
Link Komentarze (1) »
niedziela, 30 października 2011

Dzwoni domofon. „Dzień dobry! Poczta”. Cztery wysokie piętra i kilka spalonych kalorii później. Otwieram drzwi. Zdyszany listonosz informuje: „Polecony dla Pani Zofii”. Moja automatyczna odpowiedź z pewnym zdziwieniem na twarzy: „yy, ta Pani już tu nie mieszka” (skoro ani ja ani mój chłopak tak się nie nazywamy, to pierwsze co mi przyszło do głowy, to to, że jest to przesyłka do byłej właścicielki, która chyba jednak nie nazywa się Zofia, ale w tamtym konkretnym momencie na spokojne rozważenie tej kwestii nie było czasu, ani miejsca).

Aha, czyli dajemy do zwrotu. Dowidzenia” – dzielnie odrzekł pocztowiec i skierował swe kroki w drogę powrotną ku podnóża góry. Zamykam drzwi, cały czas niespokojnie myśląc o Pani Zofii. Zaczynam myśleć szybciej, na tyle szybko by wykluczyć opcję z „byłą właścicielką” i rychło wybiec na klatkę za listonoszem. Wołam za nim: „przepraszam! Czy ta przesyłka jest na Zofię Krajską… yy, Krajewską? (samemu nie będąc pewnym czy nazwisko, które podaję jest poprawne – no co? Ciągle mi się myli…). Listonosz – dwa piętra niżej – potwierdza.

Aha! No to ja ten list odbiorę!”, „Zejdzie pan?”, „Tja, już schodzę!” (w kapciach, zniżam się do poziomu „Syreny od Paramontów zielonych”, nabierając pewności, że to przyszły dokumenty z banku dotyczące „konta”, które przed tygodniem założyliśmy z A. Małej Z.). Podpisuję odbiór listu poleconego (co za idiota adresuje pocztę na czteromiesięczne dziecko! I to na adres, pod którym nie mieszka?!) swoim nazwiskiem (które nie jest nazwiskiem infantki). W międzyczasie listonosz trzeźwo zadaje pytanie: „kim pan jest dla tej pani?”, na co ja szybko i bez zawahania odpowiadam: „ojcem”.

AHA!” – trzeba było widzieć jego minę (oczy Anji Rubik to zmrużone ślipia przy nim), grymas twarzy, na którym łamało się zdziwienie, śmiech i pytanie (którego na szczęście już nie zadał):  „to nie wie Pan jak się nazywa Pańska własna córka?”. Sam odchodząc pospiesznie do swej jaskini, pilony potrzebą ucieczki od tej absurdalnej sytuacji  powiedziałem tylko: „To długa i skomplikowana historia. Dziękuję. Dowidzenia”.

Będzie śmiesznie, gdy przy następnej okazji, przesyłkę od tego samego listonosza będzie miał okazję odebrać drugi ojciec. „O tempora, o mores!”.

sobota, 15 października 2011

Dymy nad Ołbinem. Ludzie palą w piecach. Słychać szelest, skwierczą fortuny, odłożone stare numery „Gościa Niedzielnego” i „Tiny”, wątłe, rachityczne emerytury. Szara smuga wspina się do gwiazd. Leniwie, jak nie jeden kot schowany w tych izbach, wylegujący się na ciepłym, coraz cieplejszym piecu.

Kolorowe niebo, tli się każdego wieczora inaczej. Tysiące zachodów słońca nad Ołbinem. Jak bym zajrzał do środka babcinego pieca. Pąsowiejące policzki, różowe lico, tak jak wtedy gdy pierwszy raz wstydliwie spojrzałem ci w oczy. Czerwone smugi. Pamiętam sok z wiśni, który ciekł po brodzie. Owocowa bitwa w sadzie, tragiczna w skutkach dla naszych odzień, wymownie cudowna jeśli spojrzeć na nią szeroko otwartymi oczami. Feeria barw parujących malin, wyciskanych do herbaty pomarańczy. Plamy, cekiny, pastele.

Skaleczony palec, albo tatuowane ramię – poci się czerwonymi od krwi kroplami. Barwniki, pigmenty mieszane leniwie, samoistnie, albo gdy spektakl się opóźnia – z pomocą żelaznych, wojskowych ptaków i tych zrobionych z mięsa. Makijaż kurtyzany albo tancerki, która zbiegła z paryskiego młyna. Daj, (roz)marzę ci usta. Czy tak nie powstają te zachody?

Tori Amos, Battle of Trees

Niebo płonie i...

sobota, 17 września 2011

Za oknem słychać miasto. Tak jak być powinno na Śródmieściu. Odjeżdżający tramwaj, jadący po przedwojennej kostce samochód, kościelne kuranty na archanielskiej wieży codziennie o 21 i 6 wysyłają polifoniczne melodyjki. Lubię dźwięki tego miejsca. Bo przecież nie zawsze Śląsk Wrocław wygrywa swe mecze, a jego wierne dzieci nie zawsze gromadzą się na rogu ulicy „drąc jego chwałę”. Wtedy zamykam okno.

Jaka jest melodia twojego mieszkania?  Czy ono skrzypi, nienaoliwione przez właścicieli? Czy piszczy, pohukuje, nuci, świszczy? Niektóre domy krzyczą głosami byłych mieszkańców, częściej jednak sąsiadami. Na Strzegomskiej, w wielkiej płycie – za oknem była cisza, czasami kościelny dzwon, nawoływania dzieci na pomidorową. Za ścianą jęczał Rydzyk – przygłucha sąsiadka ewangelizowała nas każdego niedzielnego ranka. Ktoś u góry – ale trudno ocenić w którym miejscu – przeżywał swoje rodzinne dramaty. Pod nami wysoko podniesiony głos pomagał opiekunom nieść krzyż niepełnosprawnego syna. Ktoś nad nami miał bardzo regularny tryb życia, pobudka przed ósmą, ze snem się witał krótko po 20. Skąd to wiemy? Rozkładany tapczan skrzypiąc obwieszczał ciszę nocną i ogłaszał nowy dzień – lepiej niż kogut, któremu nie musi się przecież chcieć.

Na Śródmieściu kamienica inną gra muzykę. Grube, ceglane mury i fakt, że nikt nie chodzi nam po głowie, sprawiają, że zwykle jest cicho. Słychać tykanie zegara, tak jak lubię. Wieczorem gdy jestem sam i sam reguluję czasem, przestrzenią, ciszą… słychać trzask starej płyty Demarczyk albo Elli Fitzerald. Są momenty gdy Wandale atakują Rzym. Piętro niżej, raz na kilka dni, zwykle przedpołudniem przez kwadrans albo dwa dochodzi nas pisk, ryk, tumult eskowej muzyki. Czasami obudzi, innym razem przeszkodzi w pisaniu, ale to chwilowe, koncesjonowane, nieistotne. Lubię gdy deszcz stuka w parapet, skrzypią schody a sąsiedzi milczą…

10:42, srodmiejskiechlopaki
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 sierpnia 2011

Nasze mieszkanie jest szczególne bo „pod różową różą”. Plastikowy kwiat zwisający z jakiejś rury symbolicznie markuje almodovarowską rodzinę. Słodko, kiczowato, może nawet kampowo.

Klatka schodowa jest kiczowata. To taki kicz, który można polubić, z którym można pójść na piwo, albo na cmentarz. Oddycha swoimi obecnymi i byłymi mieszkańcami, każde piętro wygląda inaczej, ale wszystkie razem mogłyby występować w jakimś etnograficznym muzeum. W Gdańsku kiedyś widziałem taką wystawę, w której cała masa ludycznych dewocjonaliów, wyklejanek, obrazków (jelenie na rykowski, a jakże) opowiadała kiczowatą historię polskiej pop-estetyki. Może to jest tak, że jak się nie ma tego co się lubi, to się lubi to co się ma?

Tak czy siak, w naszej klatce można się zakochać (można?). To taka wewnętrzna galeria, na której z czasem zapisywana jest ludzka obecność. Prawie jak sławetne „tu byłem. Tony Halik”, tylko że tymi znakami są dziwaczne doniczki, „ozdobne” talerze naścienne, obrazki albo nawet układanka (puzzle) jakąś dziecięcą ręką ułożona, naklejona na tekturce i sru na zieloną ścianę, niechby wszyscy od 3 piętra wzwyż się dowiedzieli.

11:46, srodmiejskiechlopaki
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5